Raport z El Camino de Portugal – jak spełniłem swoje marzenie

Wersję audio tego tekstu znajdziesz w aplikacji Droga Odważnych


Autor z zaprzyjaźnionymi pielgrzymami

Santiago de Compostela – słynne sanktuarium św. Jakuba w Hiszpanii, cel tysięcy pielgrzymów, którzy pokonują na piechotę setki kilometrów, by dotrzeć do tego miejsca. Od lat marzyłem o takiej wyprawie!

 

Czytaj także: Do trzech razy sztuka – jak przeszedłem Drogę na MAXa


Marzenie o Santiago de Compostela

Wszystko zaczęło się dawno temu. Od młodości miałem w sobie pragnienie, by iść, badać, odkrywać i doświadczać świata. Rodzice próbowali wybić mi to z głowy, kierując się lękiem, że zniknę i nie wrócę. Niestety pozwoliłem umrzeć mojemu pragnieniu i poszedłem za tym, czego oczekiwali ode mnie ojciec i matka: nauka, praca i obowiązki.

Jednak moje serce wciąż wołało. Wybrałem studia – geografię, a gdy już zebrałem w sobie siły, by opuścić dom, wyemigrowałem do Wielkiej Brytanii. Tam odkryłem w sobie dawne pragnienie podróżowania niczym mój mistrz antropologii i dziennikarstwa Ryszard Kapuściński. W ciągu 6 lat poznałem Wielką Brytanię: Szkocję, Walię i Anglię. Chciałem jednak czegoś więcej. Postanowiłem przejść jeden ze szlaków legendarnej drogi pielgrzymów – El Camino de Compostela, czyli Drogi Świętego Jakuba Apostoła.

Jedna z wielu kapliczek na Camino

Czytaj także: Maksymilian Kolbe pokazał co oznacza miłość do końca


Santiago de Compostela – moja Ziemia Obiecana


Zrobiłem jedną z najlepszych rzeczy w moim życiu. Odważyłem się samemu polecieć do Porto w Portugalii, by wyruszyć świetnie oznaczonym szlakiem centralnym do Santiago De Compostela. W lutym skończyłem 40 lat i uznałem, że ten wiek zobowiązuje mnie do zrobienia szalonego podróżniczego wyzwania jako podsumowania mojego dotychczasowego życia, a także jako początku nowej drogi, która jest przede mną. Początkowo marzyłem o El Camino Frances, które liczy ok. 800 km. Niestety, trudno ją przejść, będąc osobą pracującą od poniedziałku do piątku, gdyż wymaga ona od pięciu do sześciu tygodni marszu. Zdecydowałem się dostosować trasę do doświadczenia, dostępnego czasu urlopowego, moich możliwości fizycznych, a także finansowych. Trasę liczącą 288 km ze stolicy Portugalii pokonałem nie bez problemów, ale w natchnieniu Ducha Świętego, który mi towarzyszył. Oddałem 14 dni całkowicie dla Pana Boga, na medytację nad sensem życia, na dyskusje z napotkanymi pielgrzymami z całego świata, przeżywanie swoich trudnych i miłych emocji, obserwację bogactwa natury i kultury Półwyspu Iberyjskiego. Wszystko to dało mi ogromnego kopa energetycznego. Najpiękniejszą jednak była refleksja nad męką i zmartwychwstaniem Pana Jezusa w czasie Wielkiego Tygodnia. Zabrałem też ze sobą intencje od rodziny, przyjaciół i braci ze wspólnoty, by ofiarować je Bogu przez św. Jakuba.


Autor z Marco – pielgrzymem z Brazylii

Na Drodze św. Jakuba droga jest ważniejsza niż cel


Jestem przekonany, że celem samym w sobie nie jest meta pielgrzymki, ale to, co spotkamy w trakcie wędrówki. Dlaczego? Ponieważ to właśnie w jej trakcie doświadczamy wielu wydarzeń, które mogą nas kształtować i często wybiegać poza nasz plan. Potrafią to być sytuacje zaskakujące – pozytywne i wręcz przeciwnie, prowadzące nawet do podjęcia decyzji o przedwczesnym zakończeniu drogi, co może się wiązać ze smutkiem i poczuciem przegranej. Dlatego wybierając się na wyprawę, należy podejść do tego na luzie, bez stresu, z przemyśleniem celu w obszarze rozwoju duchowego i osobowego, który chcemy zrealizować. Nie chodzi tu jednak o życie w presji i potrzebę udowodnienia czegoś. Nie jest ważne “zwycięstwo” i miejsce na podium za czas, którego potrzebowaliśmy do przejścia trasy, liczbę zaliczonych punktów i pieczątek w paszporcie pielgrzyma.


Z mojego osobistego doświadczenia wnioskuję, że na trasie liczy się przede wszystkim to, aby zastanowić się, jak pomóc innym w dojściu do celu, jak zrozumieć człowieka i jego miejsce w świecie, jak odnaleźć wokół siebie dzieła naszego Ojca, jak nauczyć się dostrzegać znaki w naturze, które świadczą o artyzmie samego Pana Boga.


Porto, Vila Nova de Gaia, widok na zachodni brzeg stolicy Portugalii

Czytaj także: Rozwojowy triathlon: trzy dyscypliny i trzy razy piętnaście – oto droga mistrzów


To jeszcze nie koniec!


Z niecierpliwością czekam na kolejne podróże, jak choćby wyjazd do Warszawy, aby pójść na nocną pielgrzymkę “Droga na MAXa” z Ożarowa Mazowieckiego do Niepokalanowa, organizowaną przez Drogę Odważnych, która odbędzie się 4 czerwca. Wybieram się na nią, by przybliżyć się do mojej wspólnoty, ale też, by doświadczyć ducha, który ożywiał św. Maksymiliana Kolbe, patrona tego wydarzenia. Wierzę, że będzie nade mną czuwał tak jak św. Jakub Apostoł w mojej drodze z Porto do Santiago.


Czułem tam nad sobą ogromny parasol bezpieczeństwa, chroniący przed działaniem złego ducha. Ta opieka pomagała mi robić miłe, serdeczne, spontaniczne i przemyślane rzeczy dla spotkanych ludzi. Dzięki temu mogłem zyskać zrozumienie, czas na rozmowę w atmosferze pokoju i szacunku.

Santiago de Compostela – inscenizacja Męki Pańskiej w Wielki Czwartek

Pielgrzymka do Santiago była dla mnie czasem refleksji nad kondycją fizyczną i duchową. To przestrzeń na rozmowę z Jezusem i świętymi, zwłaszcza Maryją i Józefem. Ten czas dał mi możliwość na wspominanie moich zmarłych przodków, którym tak wiele zawdzięczam. Wyprawa do grobu św. Jakuba stała się dla mnie przestrzenią do uczenia się innych kultur i społeczeństw z odległych stron świata: Brazylii, Chile, Niemiec, Anglii, Argentyny, Ameryki. Był to czas refleksji nad tym, jak zawrzeć z tymi ludźmi znajomość i jak ją utrzymać. Jak zdobyć zaufanie i akceptację, a przede wszystkim, jak budować dobro, miłość i sprawiedliwość na podstawie Ewangelii.

 


0 wyświetleń0 komentarzy

Powiązane posty

Zobacz wszystkie

Chcę otrzymywać newsletter!

Dziękujemy za przesłanie!